De Beers - jak diamentowy monopolista stracił swoją pozycję

Pod koniec XX w. południowoafrykańska firma De Beers kontrolowała ponad 90% światowego hurtowego rynku diamentów. Niecałe dwie dekady później ich udział w rynku spadł do 30%, a holding w skład którego wchodzą zanotował ponad 5,5 mld dolarów strat w 2015 r.

Diament to nic innego jak bryłka węgla. Tego samego, jaki na tony wydobywają kopalnie na Górnym Śląsku. Tyle że ten węgiel zmienił swoją strukturę pod wpływem ciśnienia i temperatury panującego w jądrze ziemi. Środek naszej planety zawiera mnóstwo diamentów. My jednak mamy dostęp tylko do tych, które zostały wyrzucone na powierzchnię w specyficznych kominach wygasłych wulkanów, zwanych kominami kimberlitowymi.
Od wieków efektowne, skrzące się kamienie stanowiły obiekt pożądania zamożnych osób z całego świata. Przez niemal 100 lat całym światowym rynkiem diamentowym kierowała firma De Beers, założona przez handlarza pompami.

Diamentowa gorączka w RPA

W 1869 r. pasterz z południowoafrykańskiego ludu Griqua znalazł 83,5 karatowy diament. Sprzedał go za 500 owiec, 10 krów i konia. Gwiazdę Afryki Południowej możemy dziś oglądać w londyńskim Muzeum Historii Naturalnej, a odkrycie wywołało wybuch diamentowej gorączki. Z całego świata do Południowej Afryki ciągnęli poszukiwacze.

Jedną z osób, które zarabiały na gorączce złota był młody emigrant z Anglii, Cecil Rhodes. Sprzedawał górnikom lód na ochłodę, potem wynajmował im pompy wodne. Wkrótce zaczął skupować prawa do kolejnych działek diamentonośnych. Jednym z jego najważniejszych celów były dwie kopalnie znajdujące się na terenie dawnej farmy braci De Beers. Jedna przeszła do historii jako Kopalnia De Beers, druga jako Kopalnia Kimberley lub "Big Hole" ("Wielka Dziura").

Rhodes szybko przejął Kopalnię De Beers, która dała nazwę całej firmie. Z Kopalnią Kimberley miał większy problem. Tym problemem był jego konkurent Barney Barnato, który również skupował diamentowe działki. Barnato i Rhodes prywatnie się znali i lubili, ale w biznesie nie było sentymentów. Podczas rywalizacji zalali rynek kamieniami, co doprowadziło do gwałtownego spadku cen, a obu rywali na skraj wyczerpania finansowego.

W efekcie w 1888 r. postanowili połączyć siły i stworzyli potężną firmę, która właściwie zmonopolizowała światowe wydobycie diamentów. W 1889 r. Rhodes zawarł układ z Londyńskim Syndykatem Diamentowym, założonym przez dziesięciu zamożnych kupców. Co roku mieli kupować określoną z góry ilość diamentów za z góry określoną cenę. Porozumienie wielokrotnie się zmieniało, ale jego duch pozostał aktualny niemal 100 lat. Pozwoliło na zrównoważenie popytu z podażą i zamrożenie cen na satysfakcjonującym poziomie.

Wejście Oppenheimera

Zagrożenie dla De Beers przyszło ze strony niemieckiego kupca żydowskiego pochodzenia, Ernesta Oppenheimera. W pierwszej dekadzie XX w. zaczął on skupować poza kanałami De Beers diamenty pochodzące z Niemieckiej Afryki Zachodniej (Namibii) oraz Transwalu, gdzie odkryto największy diament w historii, słynnego Cullinana.

W 1917 r. Oppenheimer założył istniejącą do dziś Anglo American Company, zajmującą się szeroko rozumianym wydobyciem. W 1926 r. wykupił z rąk spadkobierców Rhodesa De Beers, a trzy lata później stanął na czele firmy. Oppenheimer i jego spadkobiercy kierowali De Beers aż do 2011 r.
Lata 30-te XX w. to umacnianie przez Oppenheimera monopolu na światowym rynku diamentowym. Zdołał stworzyć kartel o nazwie Central Selling Organization (Centralna Organizacja Sprzedaży). Za jego pośrednictwem diamenty na rynek hurtowy wprowadzał De Beers, ale również wielu innych, mniejszych dostawców. Oppenheimer zdołał przekonać do dołączenia do kartelu nawet kopalnie sowieckie.

Tym samym De Beers znów kontrolowało niemal cały rynek hurtowy. Jeśli ktoś chciał robić diamentową biżuterię albo potrzebował diamentów do celów przemysłowych (np. do wierteł), musiał robić interesy z Oppenheimerem.

W swojej książce "Diamenty" dziennikarz Matthew Hart opisuje praktyki De Beers na rynku hurtowym. Kilka razy w roku sprzedawali oni towar w Londynie. Zaproszenie dostawali tylko wybrani. Otrzymywali pakiety zawierające zarówno ciekawe, przydatne diamenty, jak i kamienie, których De Beers chcieli się pozbyć, np. ze skazami. Przedstawiciel kartelu podawał cenę. Nie podlegała ona negocjacjom. Odmowa oznaczała brak zaproszenia na kolejne zakupy.

De Beers nie zaszkodziły dwie wojny burskie, dwie wojny światowe, niepodległość RPA, wzrost i upadek apartheidu. Wydawało się, że gigant jest nie do ruszenia. Jednak na przełomie tysiącleci na firmę spadło kilka ciosów.

Kryzys w De Beers

Pod koniec XX w. geolodzy zauważyli, że diamenty występują w specyficznych regionach. Zidentyfikowali kominy kimberlitowe i rozpoczęli ich poszukiwania na innych kontynentach. Wkrótce na rynek popłynęły diamenty z Kanady i Australii. Nowi gracze nie zamierzali podporządkowywać się De Beers. Korporacja zdołała wykupić część nowych firm i kopalń, jednak w monopolu został uczyniony wyłom, którego nie sposób było załatać.
Pod koniec XIX w. Cecil Rhodes mówił na spotkaniu z akcjonariuszami: "jedynym ryzykiem [dla De Beers - przyp. KK] jest nagłe odkrycie nowych kopalń, które ludzie, w zgodzie ze swą naturą, będą lekkomyślnie eksploatowali na szkodę nam wszystkim". Jego przewidywania stały się faktem po 100 latach.

Drugim problemem stały się "krwawe diamenty". Jak większość wielkich korporacji De Beers niespecjalnie przejmowali się standardami etycznymi. Jednak pod koniec XX w. opinia publiczna bogatych krajów zachodnich zaczęła zwracać uwagę na problem diamentów wojny. Były to kamienie pochodzące z krajów afrykańskich ogarniętych krwawymi konfliktami. Trafiały na rynek za pośrednictwem De Beers, a zyski z tego handlu pozwalały lokalnym watażkom na kupowanie broni i podsycały krwawe rzezie. Znakomicie pokazuje to film "Krwawy Diament" z Leonardo DiCaprio w roli głównej.

Podejrzenia dotyczące pochodzenia afrykańskich diamentów dodatkowo napędzały popyt na nowe kamienie z Australii i Kanady. W 1999 r. De Beers ogłosili, że przestają skupować diamenty spoza własnych kopalń. Jednocześnie wzięli aktywny udział w opracowywaniu Procesu Kimberley, międzynarodowego porozumienia, które ma gwarantować, że diamenty na rynku są "czyste".

Proces Kimberley działa od 2003 r., jednak jest krytykowany przez wiele organizacji humanitarnych, które uważają, że to niewystarczające działania i nie gwarantują wyeliminowania "krwawych diamentów".

Trzeci cios De Beers zadała nauka. W laboratoriach uniwersytetów powstały sposoby na przemysłową produkcję sztucznych diamentów. Początkowo odbiegały one mocno jakością od naturalnych, a technologia była bardzo droga, jednak ich zaletą była gwarancja, że nie pochodzą z konfliktów.
Z roku na rok sztuczne diamenty stają się lepsze jakościowo. Technologia jest ulepszana i jej koszty spadają, choć wciąż naturalne wydobycie jest bardziej opłacalne. Jednak, podobnie jak miało to miejsce z gazem i ropą z łupków, zwiększona opłacalność nakręca badania nad nowymi technologiami, co przyspiesza spadek cen produkcji. "The Economist" szacuje, że do 2050 r. sztuczne diamenty będą stanowiły połowę rynku.

De Beers dziś

Korporacja kontroluje obecnie ok. 30 % hurtowego rynku diamentów i wciąż pozostaje tam największym graczem, choć jej dawny kartel został kompletnie rozbity. 85% akcji De Beers należy do Anglo American, 15% do rządu Botswany. W 2011 r. ostatnie udziały sprzedali potomkowie Ernesta Oppenheimera.

Największym udziałowcem Anglo American jest Public Investment Corporation (PIC), firma za pomocą której rząd RPA kontroluje kluczowe firmy w kraju oraz inwestuje składki emerytalne. Coś w rodzaju państwowego super OFE. PIC kontroluje ponad 15% udziałów. Ok. 60% akcji krąży w wolnym obrocie na London Stock Exchenge, a pozostałe 25% posiadają w portfelach rozmaite fundusze inwestycyjne i emerytalne, głównie z krajów anglosaskich. Można więc uznać, że najwięcej do powiedzenia w De Beers ma rząd RPA.

Według danych firmy przychody z działalności De Beers w 2016 r. wyniosły $6,1 mld (28,5% przychodów Anglo American), a EBITDA (zysk przed potrąceniem podatków, odsetek od zobowiązań i amortyzacji) $1,4 mld (23%).

Nieco gorzej radzi sobie Anglo American, który poza De Beers zajmuje się wydobyciem miedzi, platyny, rudy żelaza, niklu i węgla. W 2015 r. firma ogłosiła, że w pierwszych dwóch kwartałach zanotowała $3 mld strat i musi zwolnić 53 tys. osób (ok. 35% zatrudnionych w firmie). W grudniu ogłosili, że zwolnią dalsze 85 tys. zatrudnionych górników z 135 tys. zatrudnianych przez firmę na całym świecie. W efekcie cena akcji runęła spadając o 12%, a giełda zawiesiła na jedną sesję notowania tym walorem.

W 2016 r. firma zaczęła wychodzić na prostą. Po stracie netto na poziomie $5,62 mld w 2015 r. Anglo American zaraportowała zysk netto w wysokości $1,59 mld za rok fiskalny 2016 oraz zmniejszenie zadłużenia o 34%. Był to pierwszy rok na plusie od pięciu lat. Przez ostatni rok cena akcji wzrosła o niemal 45%.

fot. Grupa Goldenmark

Komentarze

Krzysztof Krzemień