Bombowy biznes

Ważąca 2000 funtów lotnicza bomba ogólnego przeznaczenia Mk-84, według różnych źródeł kosztuje od 3 100 do 5 384,4 dolarów amerykańskich. Oczywiście korzystanie z tych bomb byłoby przesadną rozrzutnością, gdybyśmy nie zamienili ich z broni niekierowanej na naprowadzaną, przy pomocy dostarczonego przez Lockheed Martin i Boeing systemu JDAM, którego cena wynosi niecałe 20 000 dolarów. W taki sposób powstają bomby GBU-38 (koszt ok. 25 000 USD), które wraz z siostrzaną GBU-54 stanowią ok. 40-50% bomb zrzuconych na ISIL.

W samym tylko 2015 roku, na terenie Syrii i Iraku, amerykanie zrzucili 22 110 bomb. Zatem uwzględniając koszt oraz szacunek ilościowy, na bomby GBU-38 i -54 wydano 221-276 milionów dolarów. Całkiem sporo, a przecież amerykańska interwencja przeciwko ISIL trwa od 7 sierpnia 2014 roku. Ilość bomb zrzuconych do dnia dzisiejszego może być nawet dwukrotnie większa. Poza standardowymi bombami kierowanymi oraz niekierowanymi, w użyciu są także rakiety powietrze-ziemia AGM-65 Maverick czy AGM-114 Hellfire. Cena tych pierwszych, w zależności od wariantu, wynosi od 17 000 do prawie 200 000 dolarów. Koszt rakiet typu Hellfire to ok. 110 000 dolarów. Zatem założyć można, że GBU-38 i GBU-54 to rozsądny kompromis pomiędzy ceną a efektywnością. Stąd tak wysoki odsetek użyć.

Ale bomby same się nie zrzucą! Potrzebne są samoloty, które rozlokowane są w bazach lotniczych i na lotniskowcach, znajdujących się w odległości 700-1800 km od terenów opanowanych przez ISIL. Sześciogodzinna misja samolotu wielozadaniowego F/A-18 Super Hornet, podczas której zrzuciłby on 10 bomb GBU-38, to koszt rzędu ok. 396 tysięcy dolarów (godzina lotu F/A-18 kosztuje podatników 24 400 USD). Nieco taniej wychodzą misje F-16, ponieważ koszt godziny lotu wynosi 22 514 USD, a dużo korzystniej wypada przywrócony z emerytury specjalnie na tę okoliczność A-10 Thunderbolt II, bo jego stawka za godzinę to „zaledwie” 17 tysięcy dolarów. Ale prawdziwym liderem jest bezzałogowy MQ-1 Predator, którego pilot siedzi w blaszanym, ale klimatyzowanym baraku w Arizonie. Za godzinę lotu Predatora trzeba zapłacić nieco ponad 3,5 tysiąca dolarów.

Całkowity wydatek amerykanów na kampanię lotniczą przeciwko ISIL wynosi już 7,5 miliarda USD. W tym czasie wykonano ponad 13 tysięcy lotów bojowych nad Syrią i Irakiem. Amerykańskie samoloty startują średnio 20 razy dziennie. Kosztuje to prawie 12 000 000 dolarów, co daje jakieś 600 tysięcy dolarów za lot. Oczywiście to uśrednione i nie do końca miarodajne liczby. Należy uwzględnić także inne akcje, jak np. wystrzelenie 47 rakiet Tomahawk na samym początku operacji. Jeden Tomahawk kosztuje ok. półtora miliona dolarów. 47 sztuk to prawie 73 miliony USD, czyli tyle, co sześć dni operacji (120 lotów bojowych).

Oglądaj na Mysaver TV

Można by pomyśleć, że te wszystkie liczby są absurdalnie duże. 7,5 miliarda dolarów to ciut więcej, niż wyniosło PKB Kirgistanu w 2015 roku. Tak, to bardzo dużo. Jednak abstrahują od wymiaru humanitarnego, moralnego i politycznego, warto zauważyć jeden istotny fakt: nie są to pieniądze stracone. To pieniądze, które przechodzą z rąk amerykańskiego podatnika, w ręce amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. W przeciwieństwie do pieniędzy wydanych na interwencję naziemną, koszt operowania sił powietrznych w większym stopniu wynika z użycia drogiego uzbrojenia oraz paliwa lotniczego. PKB Stanów Zjednoczonych, po krótkim zastoju w 2008 roku (14,42 tryliarda USD), znów dynamicznie idzie w górę (w 2015 – 17,96 tryliarda). Nie jest to oczywiście zasługa wyłącznie przemysłu zbrojeniowego, choć należy pamiętać, że jest to system naczyń połączonych.

fot. U.S. Naval Forces Central Command/U.S. Fifth Fleet, Flickr.comCC BY 2.0

 

Komentarze

Bartosz Adamiak