Felieton: Ile znaczą i ile kosztują słowa?

Rozpiętość tych widełek jest ogromna. Wszystko zależy od tego kto, co, w jakim kontekście i otoczeniu mówi. O tym, że słowa znaczą wiele i jeszcze więcej mogą kosztować, przekonujemy się każdego dnia. W ostatnich miesiącach kwoty i wartości znacząco jednak szybują w górę.

Choć w historii Polski po roku 1989 momentów takich było wiele, warto odnieść się do nieco nowszych czasów. A to ze względu na polityczne układy w Polsce i gospodarcze otoczenie na świecie. Zaczęło się tak naprawdę na dobre jeszcze za czasów poprzedniej ekipy rządzącej, która u schyłku swojej kadencji wpadała co rusz na kolejne, budzące przynajmniej wątpliwości pomysły, których wartość wyrażona była w różny, ale widoczny i policzalny sposób.

Przede wszystkim chodziło o sklecony w pośpiechu plan ratowania górnictwa kosztem spółek energetycznych (Skarbu Państwa rzecz jasna). Sytuacja miała miejsce w połowie roku 2015. Wtedy akcje krajowych potentatów energetycznych (Tauron, KGHM, PGE) traciły nawet po 30 % w 2-3 miesiące, ale zdarzały się dni, że po jakiejś zapowiedzi tego czy innego polityka akcje traciły po kilka procent w ciągu jednej giełdowej sesji. W tym więc przypadku słowa te warte były grube miliardy złotych.

Ale jak się okazało, był to dopiero początek festiwalu rzucanych w opinię publiczną słów (często na wiatr) gigantycznej wartości, czemu oczywiście zwykle nie towarzyszyło myślenie o konsekwencjach.

Zaczęło się wraz z kolejnymi pomysłami nowej ekipy, która dorwała się do władzy w 2015 roku. Oczywiście najbardziej obrywało się sektorowi bankowemu, który przecież raz miał paść ofiarą pomocy udzielanej frankowiczom a przy kolejnej okazji podatku bankowego. Ile warte były te słowa polityków PiS? Na początku 2015 roku wartość 24 notowanych na GPW banków wynosiła ok. 215 mld złotych. Ale w lipcu tego samego roku, po często mocno nieprecyzyjnych zapowiedziach rządu, spadła ona niemal o 30 mld złotych. Dodajmy - niewiele się wtedy zmieniło w otoczeniu. Wystarczyły jedynie słowa, aby z giełdy wyparowała kolejna ogromna część kapitału.

Ale żeby nie było, że banki zawsze mają tak źle i tylko obrywają po uszach. Prezesowi Kaczyńskiemu widocznie zrobiło się niektórych z nich (a może bankowców) żal. Być może doszedł jednak do wniosku, że zbyt duże obciążenie tego sektora dodatkowymi podatkami i kosztami, może rzeczywiście mocno nadszarpnąć jego stabilność. Niezależnie jednak od rzeczywistych przesłanek jakimi prezes się kierował, jego zapowiedź dotycząca tego, że teraz to właściwie frankowicze muszą sobie radzić sami, spowodowała, że akcje banków… wystrzeliły w górę. Po tej wrzutce papiery Getin Noble Banku zdrożały o 13 a Millenium o 11 procent. Dzięki temu Leszek Czarnecki tylko w ciągu jednego dnia zarobił ok. 100 milionów złotych. Nieco mniej dzięki słowom Jarosława Kaczyńskiego zarobił Mateusz Morawiecki, który posiada 13.711 akcji banku BZ WBK. W ciągu trzech godzin było to jednak 200 tys. złotych, więc naprawdę całkiem przyzwoicie. Żyć, nie umierać…

Goldsaver.pl

 

Idąc tym tropem można by pomyśleć, że nie trzeba się jakoś specjalnie znać na inwestowaniu, tylko posiadać (lub nie) pewne papiery wartościowe w chwilach, gdy ktoś ważny będzie miał coś niekoniecznie poważnego do powiedzenia… Paranoja.

Warto w tym przypadku przypomnieć, że na styku polityki i gospodarki oraz powiązanych z nimi rynków finansowych to przeważnie słowa mają większą wartość niż późniejsze czyny (a często ich brak). Na słowa szefa Fed (amerykańskiego Banku Centralnego) często czeka większość inwestorów i analityków na całym świecie, opierając na tym swoje późniejsze decyzje i ocenę możliwych do rozwoju scenariuszy. To w końcu słowa wygrywają też polityczne batalie i wybory. A ponieważ to zacne grono niespecjalnie przykłada wagę do składanych obietnic, późniejsze efekty często bywają trudne do przewidzenia (akcja z frankowiczami jest w tym przypadku doskonałym przykładem).

O wadze słów przekonał się także Jarosław Kaczyński, który akurat w tej sprawie strategiem jest wybitnym i w odróżnieniu do swoich poprzedników, wyjątkowo skutecznym. To słowa o programie 500+ zagwarantowały ekipie PiS zwycięstwo w wyborach. I w tym przypadku obietnica została spełniona. To przecież również słowa wielkiej wagi dały zwycięstwo Andrzejowi Dudzie w prezydenckich wyborach. W jego przypadku ze skutecznością i dotrzymywaniem obietnic jest nieco gorzej. Bo co prawda reforma emerytalna został cofnięta, ale frankowicze pozostali z ręką w nocniku, a prezydent podpisuje wszystko, co trafi na jego biurko (mimo zdecydowanych zapowiedzi, że tego robić nie będzie, co dało mu bardzo wiele głosów niezdecydowanych wyborców).

Spoglądając w nie tak daleką przeszłość i analizując to, co wygadują politycy oraz zestawiając później z tym, ile nas to wszystkich kosztuje, pod wątpliwość należy poddać przekaz słynnego powiedzenia, że “mówienie jest srebrem, a milczenie złotem”. W dzisiejszych realiach mówieniem jest już nie tylko srebrem i złotem, ale i miliardami złotych. A ci, którzy postanawiają milczeć, w opinii publicznej po prostu nie mają racji. Choć jak się patrzy na to wszystko z góry, to Ci gadający powinni z tymi milczącymi jak najszybciej zamienić się miejscami.

fot. jarmoluk, pixabay.com, CC0

Komentarze

Szymon Matuszyński