Krótka historia kryzysów finansowych, cz. II

Kiedy po upadku komunizmu Francis Fukuyama pisał swój "Koniec historii" wielu wierzyło, że teraz będzie już tylko lepiej. Świat pójdzie ku demokracji, liberalnej gospodarce z wiecznym wzrostem gospodarczym, a cała ludzkość będzie się kochała i żyła w pokoju, trzymając się za ręce. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te optymistyczne założenia.

Od połowy lat 90-tych ekonomiczna historia świata to bardzo burzliwy okres. Można by odnieść wrażenie, że w ostatnich dwudziestu latach więcej mieliśmy lat kryzysowych niż niekryzysowych. Cechą charakterystyczną stał się efekt domina. Coraz częściej kryzys zaczynał się w jakimś regionie świata, który potem z tego wychodził, ale "zarażał" swoimi problemami jakiś inny region.

Azjatycki kryzys finansowy

Pod koniec lat 80-tych i na początku 90-tych do Azji Południowo-Wschodniej napływał kapitał spekulacyjny, skuszony fantastycznymi warunkami. Większość krajów regionu stosowało sztywny kurs swojej waluty do dolara amerykańskiego, jednocześnie utrzymywało stosunkowo wysokie stopy procentowe, co dawało wyższe zyski inwestorom. Przeszło to do historii jako azjatycki cud gospodarczy, a "Azjatyckie Tygrysy" rozwijały się w nieprawdopodobnym tempie, zarzucając kraje rozwinięte tanimi towarami przemysłowymi. Ocenia się, że około połowy inwestycji w światowych krajach rozwijających się trafiało właśnie w ten region.

W połowie lat 90-tych wychodzące z recesji Stany Zjednoczone zaczęły podnosić stopy procentowe. Jednocześnie Chiny wprowadziły szereg proeksportowych reform i zaczęły skutecznie konkurować na bogatych rynkach z krajami Azji Południowo-Wschodniej. Na to nałożyła się niepewność co do losów Hongkongu, lokalnego centrum finansowego, które 1 lipca 1997 r. przeszło spod władzy Wielkiej Brytanii pod panowanie chińskie. To spowodowało odpływ spekulacyjnego kapitału do USA, bo premia za ryzyko przestała być atrakcyjna.

Rynki zalała fala walut lokalnych. Azjatyckie Tygrysy próbowały je skupować, sprzedając rezerwy finansowe, ale ostatecznie jeden kraj za drugim uwalniał swoją walutę względem dolara. Rezultaty były zatrważające. Waluty Tajlandii, Filipin, Malezji i Korei Południowej straciły do dolara 35-45%, a rupia indonezyjska aż 83%. Doprowadziło to do krachów na lokalnych rynkach finansowych, bankructw zadłużonych obywateli i ogromnego zubożenia społeczeństw.

W efekcie wybuchły niepokoje społeczne. W Indonezji odsunięto od władzy rządzącego od przeszło 30 lat prezydenta Suharto. Rząd upadł również w Tajlandii. W regionie wzmogły się tendencje separatystyczne, islamistyczne i antyzachodnie sentymenty.

Oglądaj na Mysaver TV

Wbrew obawom kryzys nie rozlał się na cały świat, choć ucierpiały giełdy USA i Japonii, państw najmocniej zaangażowanych w tym regionie. Jednak odpryski kryzysu wywołały wstrząsy w innych regionach świata.

Rosyjski kryzys finansowy

Kryzys azjatycki doprowadził do mocnych spadków cen ropy naftowej i metali kolorowych. Jak zwykle wstrząsnęło to ekonomicznymi posadami Rosji, uzależnionej od eksportu surowców. Dodatkowo nałożyły się na to koszty wojny w Czeczenii, szacowane na 5,5 mld dolarów. Deficyt budżetowy i deficyt handlowy poważnie nadszarpnął rezerwy walutowe Rosji, która usiłowała utrzymać sztywny kurs rubla do dolara. Moskwa zaczęła mieć problemy z wypłacaniem pensji robotnikom, a górnicy zastrajkowali, blokując Kolej Transsyberyjską.

Żeby powstrzymać odpływ inwestorów Rosjanie radykalnie podnieśli oprocentowanie bonów skarbowych, które w niektórych emisjach sięgało nawet 150%. Międzynarodowy Fundusz Walutowy udzielił Rosji pożyczki w wysokości 22,6 mld dolarów, ale późniejsze śledztwo wykazało, że 5 mld rozpłynęło się bez śladu.

17 sierpnia 1998 r. rząd rosyjski i Centralny Bank Rosji wydały wspólne oświadczenie, które zawierało projekt naprawczy: dewaluację rubla, zawieszenie spłaty rosyjskiego długu wewnętrznego (denominowanego w rublach) i 90-dniowe moratorium na spłatę pewnych długów w zagranicznych walutach, w tym zobowiązań wobec zagranicznych podmiotów. Część obligacji i bonów skarbowych miała zostać wymieniona na inne. 2 września Centralny Bank Rosji zrezygnował z obrony wartości rubla i uwolnił kurs. W ciągu miesiąca od pierwszej dewaluacji, rosyjska waluta straciła 2/3 wartości.

To naturalnie wywołało kolosalną inflację, która w 1998 r. sięgnęła 84%. Budżet nie potrafił udźwignąć ciężaru subsydiów dla rolnictwa, co w połączeniu z kiepskimi spowodowało załamanie tej branży i w październiku rząd musiał zaapelować o pomoc humanitarną z zagranicy.
Kryzys ostatecznie przypieczętował upadek prezydenta Borysa Jelcyna, choć do końca kadencji w 1999 r. pozostawał prezydentem Rosji. Na tych wydarzeniach mocno ucierpiała Polska, dla której Rosja była znaczącym partnerem handlowym. To wówczas w naszej gospodarce więzi z zachodem zaczęły przeważać nad kierunkiem wschodnim.

Rosjanie dość szybko podnieśli się z kryzysu. Dewaluacja waluty wsparła eksport i ograniczyła import, co pomogło krajowemu przemysłowi, a rosnące ceny surowców dostarczyły niezbędnego kapitału.

Bankructwo Argentyny

Przez lata Argentyna miała zbyt wysoki deficyt budżetowy. Nieudane inwestycje publiczne, wojna o Falklandy w 1982 r. i kolejne zmiany rządów zadłużały państwo. Tak naprawdę była to taka latynoska Grecja - życie na kredyt, niska ściągalność podatków i pranie brudnych pieniędzy. Wszystko było dobrze, póki kredyty z zagranicy płynęły.

W 1998 r. pod wpływem kryzysu azjatyckiego, Brazylia i Meksyk, jedni z największych handlowych partnerów Argentyny, musieli zdewaluować swoje waluty. Na domiar złego właśnie wtedy skończył się dopływ zagranicznych pieniędzy do budżetu z prywatyzacji.

Argentyna stała się całkowicie zależna od pożyczek MFW. Międzynarodowe agencje ratingowe obniżały oceny obligacji argentyńskich, co windowało ich oprocentowanie. MFW zaczął się domagać od Argentyny cięć budżetowych i podwyżek podatków. Rosło bezrobocie i spadały realne dochody ludności.

W lipcu 2001 r. katastrofy udało się uniknąć o włos. Rząd argentyński przekonał inwestorów do zrolowania długu o wartości 30 mld dolarów i zamianie starych obligacji na nowe, wyżej oprocentowane i o dłuższym terminie wykupu. Jednak w listopadzie MFW wstrzymał kolejną transzę pożyczki z powodu niespełnienia zakładanych celów budżetowych. Spanikowani Argentyńczycy zaczęli wybierać masowo pieniądze z banków, zamieniać je na dolary i wysyłać za granicę. 2 grudnia rząd Argentyny zawiesił możliwość swobodnych wypłat z banków, ograniczając je do 250 dolarów tygodniowo na osobę.

W odpowiedzi wściekli Argentyńczycy wyszli na ulicę. Po masowych protestach upadł rząd, a nowy prezydent ogłosił, że Argentyna nie spłaci części zobowiązań. W 2002 r. uwolniono kurs argentyńskiego peso, które wcześniej związane było sztywnym kursem z dolarem. To spowodowało dalsze ubożenie społeczeństwa i inflację, która sięgała nawet 220% rocznie. Jednak w 2003 r., po czterech latach recesji, udało się wreszcie odnotować wzrost gospodarczy. Argentyna wróciła na ścieżkę wzrostu, jednak nie na długo. Pod koniec dekady pojawiły się oskarżenia o fałszowanie danych gospodarczych, ponownie wzrosła inflacja. W 2014 r. po niekorzystnym wyroku sądu w USA w sprawie części niespłaconych obligacji z 2001 r., Argentyna znów zawiesiła spłatę części zadłużenia.

Bańka internetowa

Pod koniec lat 90-tych Ameryka oszalała na punkcie internetu. Jakakolwiek działalność w sieci sprawiała, że inwestorzy rzucali się na akcje spółki. Do gwałtownego wzrostu kursu czasem wystarczała tylko prezentacja nowej strony internetowej.

Inwestorzy nie patrzyli na fundamenty spółek. Wierzono, że najważniejszą cechą internetowych firm jest jak najszybsze zwiększanie bazy użytkowników. Mało kto interesował się, że większość z nich nie ma dochodów, a niektóre nawet przychodów. Sloganem tamtych czasów stało się "Get large or get lost", w wolnym tłumaczeniu "Rośnij albo spadaj".

W końcu stało się to, co nieuniknione. Inwestorzy zaczęli masowo sprzedawać przeszacowane papiery. Firmy internetowe pociągnęły za sobą resztę giełdy. Większość spółek internetowych upadła, ale część, jak Amazon, Google czy Cisco, przetrwało i ma się dobrze do dziś. Od marca 2000 r. do października 2002 r. kapitalizacja nowojorskiej giełdy zmalała o 5 bilionów dolarów (przychody polskiego budżetu w 2015 r. to nieco ponad 77 mld dolarów, czyli w liczbach bezwzględnych ok. 65 razy mniej).

W połączeniu z atakami na World Trade Center 11 września 2001 r. wywołało to stosunkowo krótką recesję, która była uwerturą do tego co miało nadejść.

Globalny kryzys 2007 r.

Czy to już historia czy wciąż trwający problem? Ekonomiści nie zgadzają się w jednoznacznej ocenie. To wydarzenia tak świeże, że kryzys ten nie dorobił się nawet "swojej" nazwy. Dlatego nie podejmę się tu podsumowania kryzysu, a raczej pokrótce opiszę jego źródła i początek.

Kryzys rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych od bańki na rynku nieruchomości. Rosnące ceny nieruchomości zachęcały do zakupów, a banki rozdawały kredyty niemal wszystkim, nie patrząc na ryzyko. Najbardziej ryzykowne kredyty opakowywały w skomplikowane instrumenty finansowe, które następnie wciskały klientom, nie tylko indywidualnym, ale również biznesowym czy innym bankom pod postacią obligacji.

Sprawa wyszła na jaw w 2007 r. Wydawało się, że kryzys zostanie szybko zażegnany i skończy się na spadkach na rynku nieruchomości i korekcie na rynku akcyjnym. Jednak w 2008 r. upadł renomowany bank inwestycyjny Lehman Brothers, umoczony po uszy w podejrzanych produktach powiązanych z rynkiem kredytowym. Inne banki zostały sprzedane za ułamek rzeczywistej wartości, by chronić je przed upadkiem, a na rynku kredytów hipotecznych musiał interweniować rząd federalny. Złoto, tradycyjna bezpieczna przystań w czasie kryzysu, pobiło rekord wszech czasów. Niewiele zabrakło do poziomu 2000 dolarów za uncję.

Szybko okazało się, że toksyczne obligacje mają w portfelach również banki w innych krajach, także w Europie. By zapobiec potężnym wstrząsom w systemach finansowych, banki były dokapitalizowane i wykupowane przez państwa, co z kolei wywołało lawinowy wzrost długu publicznego. Na domiar złego okazało się, że wiele państw Europy ma kłopoty z jego obsługą, a niechlubną palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie dzierży Grecja, która mimo de facto bankructwa wciąż nie może wyjść na prostą.

Problemy rynków finansowych wywołały światową recesję. W odpowiedzi banki centralne wprowadziły rekordowo niskie stopy procentowe i programy "luzowania ilościowego", czyli dodruku pieniędzy. Większość tych dodatkowych funduszy zasiliło rynki kapitałowe, które odbiły się od dna dużo szybciej niż realne gospodarki. Wciąż jednak nie rozwiązano problemu potężnego, niespłacalnego zadłużenia wielu państw.

W dzisiejszej gospodarce kryzys jest niestety zjawiskiem cyklicznym. Niezależnie od tego czy następny kryzys będzie kontynuacją tego z 2007 r., czy nowym zjawiskiem, możemy być pewni, że nadejdzie. Tylko od nas zależy, jak będziemy do niego przygotowani.

fot. Patrick Stahl, flickr.comCC BY-SA 2.0

Komentarze

Krzysztof Krzemień