Gdzie podział się budżetowy deficyt?

Twarde dane nie pozostawiają jakichkolwiek wątpliwości - dawno w Polsce nie było tak dobrze. I nie chodzi już tylko bezrobocie i kondycję polskiego rynku pracy. Równie dobrze jest, jeśli chodzi o poziom budżetowego deficytu. Czy to początek czegoś większego, czy jedynie świadomy wypadek przy pracy (o ile można użyć w ogóle takiego określenia)?

Na początek twarde dane

Deficyt budżetowy w okresie styczeń - maj 2017 był najniższy na pewno od 1992 roku, odkąd MF publikuje dane o wykonaniu budżetu. Wyniósł 203 mln złotych. Wynika to przede wszystkim ze wzrostu dochodów w głównych podatkach:

dochody z podatku VAT były wyższe o 30,0% r/r (tj. ok. 15,9 mld zł),
dochody z podatku akcyzowego i podatku od gier były wyższe o 3,9% r/r (tj. ok. 1,0 mld zł),
dochody z podatku PIT były wyższe o 7,4% r/r (tj. ok. 1,4 mld zł),
dochody z podatku CIT były wyższe o 14,3% r/r (tj. ok. 1,9 mld zł),

Dodajmy, że w planie na rok 2017 deficyt budżetowy w 2017 roku wynieść miał 59,3 mld złotych. Już dziś możemy powiedzieć, że rok zostanie zamknięty na poziomie znacznie niższym. Jakim? Dziś naprawdę bardzo ciężko to przewidzieć, dlatego też lepiej dać sobie spokój ze wszelkimi prognozami.

Czy powyższe dane wskazują na to, że należy ogłosić historyczny sukces ministra Morawieckiego i jego ekipy? Czy to jedynie wypadek przy pracy i po prostu umiejętne wykorzystanie czynników zewnętrznych i wewnętrznych?

Aby rzetelnie ocenić całą sytuację, na bok należy odłożyć polityczne sympatie

Odnosić się musimy do danych, faktów oraz brać pod uwagę wszelkie okoliczności towarzyszące. Idąc tym tropem, najważniejszy płynący z danych dotyczących deficytu wniosek dotyczy tego, że jest to niewątpliwy sukces ministra Morawieckiego. Niemal 16 miliardowy wzrost z wpływów z podatku VAT zawdzięczamy przede wszystkim uszczelnieniu systemu. Podatek ten od zawsze był jednym z najbardziej palących problemów polskiego budżetu i pozostaje wierzyć, że jest to początek czasów, w których podatek VAT na stałe oddaje polskiemu budżetowi to, co tak naprawdę oddawać każdego roku może.

W kontekście rekordowo niskiego deficytu budżetowego bardzo interesująco brzmi jednak wypowiedź wiceministra finansów, Leszka Skiby, który jeszcze przed opublikowaniem danych za okres styczeń-maj 2017, przestrzegał przed nadmiernym optymizmem:

– Sytuacja budżetu jest bezpieczna, ale mimo silnego wzrostu dochodów podatkowych istotne obniżenie deficytu sektora finansów publicznych poniżej 2,9 proc. PKB może być trudne – mówi wiceminister.

Pozostaje tylko przyklasnąć tak trzeźwej ocenie i podejściu do sytuacji budżetowej, co niestety wśród polityków wszystkich rządzących do tej pory opcji politycznych (z obecnie rządzącą włącznie) jest rzeczą niemal niespotykaną.

W odniesieniu do deficytu budżetowego rzeczywiście wszyscy powinniśmy mocno trzymać kciuki zarówno za Ministra Morawskiego, jak i nas samych – to przecież od naszej aktywności, działalności, poziomu konsumpcji, jak i kondycji przedsiębiorstw zależą bezpośrednio wpływy do budżetu. Tym bardziej, że plan na rok 2017 zakłada… rekordowy poziom deficytu (59,3 mld złotych). Choć przypomnijmy – będzie on na pewno znacząco niższy.

Ograniczenie deficytu to efekt kilku czynników

Od początku roku Polacy więcej wydają na zakupy. W maju sprzedaż detaliczna w ujęciu wzrosła o 7,4 proc. wobec 6,7-proc. wzrostu w kwietniu. Największy skok zanotowaliśmy jeśli chodzi o sprzedaż samochodów, ubrań, butów i książek. I nie bez znaczenia jest tu efekt programu 500+ i oczywiście ogólna koniunktura gospodarcza.

Wracając jednak jeszcze na chwilę do działań szefa super resortu, niezwykle istotne jest to, że udaje się ministrowi Morawieckiemu trzymać w ryzach przede wszystkim wydatki. Ich plan zakładał wydanie do końca maja 149 mld, wydano 143,5 mld. Oby tak dalej! Tym bardziej, że wzrost wydatków w dobie sprzyjającej koniunktury gospodarczej nie byłby dobrym pomysłem – szczególnie wobec dwóch potężnych obciążeń budżetowych, o których nie wolno nam zapominać – programie 500 + oraz obniżeniu wieku emerytalnego. Jesienią tego roku (dokładnie 1 października) na emeryturę wobec wprowadzanych zmian będzie mogło przejść nawet 330 tys. Polaków (w sumie będzie to przeszło 550 tys. Polaków).

Podsumowując – jest dobrze, idźmy tą drogą. Nie popadajmy jednak w nadmierny entuzjazm, który przysłoniłby wyzwania współczesnego świata i możliwość realnej oceny sytuacji.

fot. Kancelaria Premiera, Domena Publiczna

Komentarze

Szymon Matuszyński